piątek, 16 sierpnia 2013

Ogłoszenie parafialne.

Witam, kochani!
Pragnę poinformować, że wyjeżdżam. Nie będzie mnie od soboty (17.08) najpewniej do niedzieli (25.08). Jakbym wrócił wcześniej, to na pewno się pojawię na chacie.
Miłego życia,
Pugnale.

środa, 14 sierpnia 2013

Choroba to jeden wielki pasożyt.


Przesiadywanie bezczynnie nie działa na mnie dobrze. Bynajmniej głowa domaga się jakiś nowych rozrywek. Ciało chyba jednak zastrajkowało. Poczułem się oszukany, własne ciało odmawia posłuszeństwa, niedoczekanie ludzkie. Nie mogę się z miejsca podnieść. A mimo wszystko niezwykle wstrętnym uczuciem jest taki brak jakichkolwiek sił. Zupełnie jak po grypie żołądkowej. Kiedy to przed momentem jeszcze wymiotowałeś wnętrznościami , a teraz czołgasz się do łóżka, chociaż chciałbyś tak się położyć i zasnąć tu gdzie jesteś.  Właściwie mnie spotkało coś podobnego.
Kto by pomyślał, że można być nieświadomie uzależnionym od jakiejś substancji. No najwyraźniej można. Zostałem uzależniony od leku , który podawała mi moja jednostka pracy. Leki, jak udało mi się dowiedzieć ,były na wzmocnienie moich zdolności fizycznych, wytrzymałości psychicznej i na zmniejszenie odczuwalnego bólu.  Zdobycie owych informacji łatwe nie było, nikt nie chciał niczego tłumaczyć. Nie dziwię się , wiadomo było przecież jakie są tego konsekwencje.
Na kontrole lekarskie musiałem zgłaszać w każdy poniedziałek. Co tydzień dawali mi zestaw tabletek na kolejne siedem dni i tak na okrągło. Jednak kiedy misje bywały dłuższe nie dostawialiśmy od razu drgawek i tym podobne. Owe substancje podawane przez dłuższy czas profilaktycznie potrafiły bowiem krążyć po organizmie nawet do kilku miesięcy. Pani Doktor, która zawsze mnie badała nigdy nie chciała rozmawiać, a tyle razy próbowałem dowiedzieć się czegoś na temat badań. Tak ... był to wyjątek, bo zazwyczaj się nie odzywałem.
Pewnego jednak dnia ktoś uznał, że pionki też mogą być niebezpieczne i spróbował ją zabić , z resztą ją jak i wielu innych naukowców pracujących w laboratoriach nad tym projektem. Wyglądało to na wyciek gazu, w którym się udusili, ale ja coś wiem o takich sytuacjach i na pewno wyciek sam z siebie by się nie zrobił. Po za tym to nie te czasy, żeby rury były nieszczelne. Los chciał bym miał jeden dzień bez zabijania. Zdążyłem złapać Doktorkę za nim weszła do Posterunku Badawczego. Nie powiem, że jej się to podobało. Chciałem tylko spytać czy ma parę zielonych pigułek  w zanadrzu bo w ekstremalnych warunkach straciłem swój przydział. Nie chodziło o to ,że czułem pragnienie do spożywania ich , lecz o to , że będę gorzej się bez nich sprawował. Ona wytłumaczyła mi do czego, każda tabletka jest. Okazało się, że ta której przydział straciłem , była na zmniejszenie odczuwalnego bólu. Mogę oznajmić szczerze, że mi ulżyło ,gdy się o tym dowiedziałem. Stwierdziłem , że wcale nie czuję różnicy ,a ona, że to całkiem normalne, lek swoje działanie utrzymywać będzie jeszcze przez spory czas , więc na pewno zdążę przyjąć go jeszcze raz. Jeszcze przez parę tygodni przyjmowałem leki. Byłoby całkiem klawo gdyby nie fakt , że się zbuntowałem i odcięli mnie od ‘małych pomocników’ . No wszystkiego w życiu mieć nie można, albo bycie ślepym na prawdę, albo w końcu zdjęcie klapek z oczu.
Przez to wszystko leżę  teraz na łóżku nie mając nawet sił by usiąść. Oddech w gardle zachowuje się jak nieokiełznany ogier, skacze , wyrywa się , gaśnie niespodziewanie innymi słowy robi ze mną co chce. Bez tlenu żyć się nie da, a ja czuję jakby on czasami omijał mnie szerokim łukiem . Jest jeszcze ten ból  przeszywający do szpiku kości. Stoi tuż nade mną i kiedy jest mi chociaż trochę lepiej , wbija swoje sztylety. Zaczynając od stóp aż po czubek głowy. Wyciągając ostrza zabiera mi siłę , którą ledwo co udało mi się skumulować podczas snu.
Nie wiem skąd te draństwo się bierze i czy głód tak zazwyczaj na człowieka działa, ale tak to jest ze mną. O tyle dobrze, że skoro boli to znaczy , że jeszcze żyję.
John Arnest

------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam, że trochę spóźniony ten wpis jest , ale nie miałem kiedy się za niego wziąć.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Pugnale melduje się na pokładzie.



Imię: Fabio
Pseudonim:Pugnale (Sztylet)
Nazwisko: Bennici
Wiek: 25
Płeć: Mężczyzna

Wygląd: 
Jest dość wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną. Inaczej nie byłby gangsterem. Ma krótkie, czarne, lekko pofalowane włosy. Nieraz uwodził kobiety dzięki swoim ciemnoniebieskim oczom, którymi potrafił zahipnotyzować w kilka chwil. 

Charakter:
Uparcie dąży do celu;
Uwielbia posługiwać się sarkazmem oraz ironią;
Potrafi być przyjazny;
Wybuchowy (o czym przekonało się dwóch Anglików...).

Lubi:
Poranną kawę. Gorzką.
Mocny alkohol (ten zaś musi być spożywany wieczorową porą).
Zwierzęta.


Nie lubi:
Debili (czyli ludzi, którzy nie rozumieli co się do nich mówi).
Ludzi wywyższających się.
Hierarchi (patrz wyżej).

Inne informacje:
Uzależniony od papierosów.
Najprawdopodobniej seksoholik.

Skazany za podwójne morderstwo, którego dopuścił się w wieku szesnastu lat na Anglikach gnębiących jego siostrę. Jednemu z nich przestrzelił płuco przy użyciu broni ojca i wrzucił do rzeki, drugiemu zaś poderżnął gardło, dzięki czemu zyskał swój przydomek. Dwa lata później po namowach znajomego dołączył do Mafii. Początkowo był zwykłym chłopcem na posyłki, jednak dzięki swemu wyczynowi był szanowany przez gangsterów wyższych rangą. Niestety pewnego dnia został wydany policji. Zdrajcą okazał się jeden z mafiozów, któremu nie podobało się, że Pugnale spędza za dużo czasu z jego córką. Tak o to trafił na Bremerhaven.


Numer celi: 4

czwartek, 8 sierpnia 2013

Dziennik pokładowy #1


Ludzie powtarzają, że nie ma potworów, ale one istnieją...
To nie tylko wymysł ludzkiej wyobraźni, czy bajki wymyślone żeby straszyć niegrzeczne dzieci.
Potwory żyją i żerują na naszym strachu i niepowodzeniach, skurwysyny jedne.
Od zawsze... I jakoś nie zanosi się, żeby w najbliższym czasie miało się to zmienić.
A najgorsze jest to, że każdy z nas ma w sobie coś z potwora.
Ja mam w sobie coś z potwora, Ty i kilka miliardów innych ludzi na świecie też.
To my decydujemy, kiedy ten potwór się ujawni, a to, czy uda nam się go na powrót ujarzmić zależy od naszej wiary i wtrwałości.
Cóż, tak się składa, że nigdy nie byłam szczególnie wierząca, a zapał to mam raczej słomiany.
Tyle przegrać...

Kiedy pożegnałam pana Mc'Dovera (jednego z moich obecnych wybawców, któremu zdaniem adwokata powinnam całować buty i składać pokłony - cholerne jego niedoczekanie), nie miał on zbyt wesołej miny. 
Nie wiem, może on nie preferuje żegnania się z ludźmi wiązanką wyzwisk i wymownym okazaniem środkowego palca? Nieistotne. To on mnie oszukał, obiecał mi wolność, a nie nazwałabym tak tej łajby, więc nie powinien się dziwić mojemu zachowaniu. Dziecinne? Jakoś nie jest mi wstyd. Wstydu pozbyłam się już dawno, to ważne, jeśli chce się przeżyć w niewoli (taka mała rada na przyszłość).

Przez pierwsze kilka dni na statku skupiłam się na rozpoznawaniu twarzy ze zdjęć. Odetchnęła dopiero, kiedy okazało się, że wszystkich już widziałam. Nie było to jednak zbyt pocieszające, mimo złudnego poczucia bezpieczeństwa. Doskonale przecież wiem, że zostanę tu przez jakiś czas, to wysoce prawdopodobne, nie, to nieuniknione, jak twierdzi Mc'Dover. Chcą mi pokazać gdzie moje miejsce, pieprzone dupki. (A miałam nie przeklinać...) Traktują mnie jak śmiecia, chociaż to ja i moje informacje mają pomóc im we wspinaniu się na podnium władzy, niewdzięcznicy.

No i mimo ich zapewnień, gdzieś w głębi mojego umysłu kołacze się przerażająca myśl. Kiedy udaje jej się wynurzyć z tego chaosu i dotrzeć do mojej świadomości, przechodzą mnie ciarki. Wiem za dużo, zdecydowanie za dużo, więc jestem niebezpieczna. Na moje szczęście jestem też niezwykle użyteczna w stanie żywym. 
Jednak... 
Kiedy Mc'Dover i jego wierna świta będą już na tyle wysoko, żeby poczuć się pewnie, szybko przejdę w stan zbędny, a wtedy...
A wtedy mnie zabiją.

Fale obijające się o pokład brzmią równie niepokojąco.
Prędzej sczeznę, niż tutaj utknę.
Prędzej sczeznę, niż dam im się zniszczyć.
Jednak (o, ja głupia!) sama władowałam się w te kłopoty. 
I co mam niby teraz robić?

Eh... 
Życie jest parszywe, a potem się umiera.
Filozofia z nalepki na zderzak.




Dzień - jeden z wielu, wspomnienie- jakich są całe kopalnie.


Obudziłem się z cholernym bólem głowy. Jakbym co najmniej walił czaszką o ścianę przez cały dzień. Ha! Nie wiem czy ktokolwiek jest w stanie sobie to wyobrazić. Oczywiście z owym bólem głowy wszystko było przynajmniej 10 razy głośniejsze. Każdy niemalże niesłyszalny zazwyczaj dźwięk dudnił mi w uszach jak roboty drogowe nad ranem.
 Z wyglądu pewnie dużej różnicy dla nikogo nie robiłem, tyle tylko, że zamiast oczywistej skrywanej złości, miałem na twarzy wypisaną wściekłość, na siłę skrywaną i jeśli ktoś spojrzałby mi w oczy mógłby dojść jaka jest tego przyczyna.
Miałem ochotę zatopić tą łajbę, za każdym świstem, stukotem i innym śrostem mechanizmu. Zazwyczaj tych dźwięków mogłem wysłuchiwać dniami i nocami i nawet mnie to uspokajało ‘ nie tym razem! ‘ wrzeszczy mój umysł. Obraz przede mną pulsuje w oczach jak tykająca bomba. Problem w tym, że do rozbrajania takiego typu mnie nie szkolili.
Wiem, że już nigdzie dzisiaj nie wyjdę, bo nie dam rady znieść nawet własnych kroków, mam tylko nadzieję, że zbyt wiele osób nie będzie się szwendać po dolnym pokładzie. Ja po prostu nie chcę nikomu zrobić krzywdy. Zbyt dobrze znam siebie. Wyskoczyłbym z celi gdy przechodziłby ktoś z personelu wyrwałbym od tej osoby broń, później zapewne zastrzeliłbym parę osób, które właśnie są w okolicy, a finałowo sam sobie bym wpakował kulkę w łeb. Tak bym się właśnie zachował, więc wolę nie ryzykować. Szkoda, że nie mogę wywiesić tabliczki z napisem ‘ Uwaga! Groźne bydle, nie podchodzić ‘ Może przynajmniej wtedy ludzie omijaliby moją celę szerokim łukiem, zamiast do niej podchodzić i witać się ze mną jak z najlepszym sąsiadem. Jestem przestępcą! Do stu piorunów!Zacznijcie mnie tak traktować. Na co ja niby liczę? Już lepiej, że się witają niż, rzucają zgryźliwymi wyzwiskami w moją stronę.
A jednak ten rumor coś mi przypomina. Dokładnie… Była noc, iście przepiękna. Ktoś postanowił rozrzucić trochę brokatu po niebie, lecz opakowanie chyba wypadło z rąk. Gwiazd było wiele jak nigdy, a księżyc niczym najjaśniejsza latarnia. Miałem dostać się do przetwarzalni miedzi, Zdobycie planów było banalnie proste. Wystarczyło przyłożyć lufę do głowy pierwszego lepszego pracownika. Teren nie był skomplikowany, szybko znalazłem idealną pozycję. Dźwięki jakie wytwarzały te maszyny były jedynym problemem. Jednak ja, jako profesjonalista musiałem poradzić sobie nawet w takich warunkach. Cel nie wykonywał zbyt wiele ruchów. Jednak za każdym razem, gdy miałem go na muszce, coś zaczynało dzwonić mi w uszach tak donośnie, że robiło mi się szaro przed oczami. Nie przewidziałem, że zmarnuję tam aż tyle czasu, że mój cel będzie schodził ze stanowiska pracy. W końcu strzeliłem no i oczywiście trafiłem, prawie bym chybił, ale prawie robi wielką różnicę. Potrafiłem jednak zebrać w sobie wystarczająco dużo skupienia. Gdy tylko wykonałem powierzone mi zadanie dosłownie zniknąłem z miejsca wypadku.  A tak właściwie to wspiąłem się po metalowych rusztowaniach, oczywiście niesłyszalnie, potem wyskoczyłem przez okno i udałem się w stronę mojej kwatery.
Tak ciężko jest żyć ze świadomością, iż nikt nie dowie się o twoich genialnych likwidacjach. Nie to, co aktorzy oni pokażą się w jakimś filmie, dostaną jakąś świetną rolę, dobrze zagrają i wszyscy o tym wiedzą i większość chwali. Piosenkarze bardzo podobnie, wszyscy trąbią jaki to wspaniały utwór nagrali. Nikt jednak nie wie ile osób zabiłem, w jak ciężkich warunkach, nie popełniając żadnego błędu. Chociaż… myśląc o tym dłużej lepiej, że moja robota była anonimowa. Niepotrzebny tłum nie pałętał się pod nogami, miałem prowizoryczny spokój, czekając tylko na wezwanie i co najważniejsze codziennie coś się działo.
Nie każdy by jednak umiał, zabijać też trzeba potrafić. 
John Arnest