czwartek, 8 sierpnia 2013

Dzień - jeden z wielu, wspomnienie- jakich są całe kopalnie.


Obudziłem się z cholernym bólem głowy. Jakbym co najmniej walił czaszką o ścianę przez cały dzień. Ha! Nie wiem czy ktokolwiek jest w stanie sobie to wyobrazić. Oczywiście z owym bólem głowy wszystko było przynajmniej 10 razy głośniejsze. Każdy niemalże niesłyszalny zazwyczaj dźwięk dudnił mi w uszach jak roboty drogowe nad ranem.
 Z wyglądu pewnie dużej różnicy dla nikogo nie robiłem, tyle tylko, że zamiast oczywistej skrywanej złości, miałem na twarzy wypisaną wściekłość, na siłę skrywaną i jeśli ktoś spojrzałby mi w oczy mógłby dojść jaka jest tego przyczyna.
Miałem ochotę zatopić tą łajbę, za każdym świstem, stukotem i innym śrostem mechanizmu. Zazwyczaj tych dźwięków mogłem wysłuchiwać dniami i nocami i nawet mnie to uspokajało ‘ nie tym razem! ‘ wrzeszczy mój umysł. Obraz przede mną pulsuje w oczach jak tykająca bomba. Problem w tym, że do rozbrajania takiego typu mnie nie szkolili.
Wiem, że już nigdzie dzisiaj nie wyjdę, bo nie dam rady znieść nawet własnych kroków, mam tylko nadzieję, że zbyt wiele osób nie będzie się szwendać po dolnym pokładzie. Ja po prostu nie chcę nikomu zrobić krzywdy. Zbyt dobrze znam siebie. Wyskoczyłbym z celi gdy przechodziłby ktoś z personelu wyrwałbym od tej osoby broń, później zapewne zastrzeliłbym parę osób, które właśnie są w okolicy, a finałowo sam sobie bym wpakował kulkę w łeb. Tak bym się właśnie zachował, więc wolę nie ryzykować. Szkoda, że nie mogę wywiesić tabliczki z napisem ‘ Uwaga! Groźne bydle, nie podchodzić ‘ Może przynajmniej wtedy ludzie omijaliby moją celę szerokim łukiem, zamiast do niej podchodzić i witać się ze mną jak z najlepszym sąsiadem. Jestem przestępcą! Do stu piorunów!Zacznijcie mnie tak traktować. Na co ja niby liczę? Już lepiej, że się witają niż, rzucają zgryźliwymi wyzwiskami w moją stronę.
A jednak ten rumor coś mi przypomina. Dokładnie… Była noc, iście przepiękna. Ktoś postanowił rozrzucić trochę brokatu po niebie, lecz opakowanie chyba wypadło z rąk. Gwiazd było wiele jak nigdy, a księżyc niczym najjaśniejsza latarnia. Miałem dostać się do przetwarzalni miedzi, Zdobycie planów było banalnie proste. Wystarczyło przyłożyć lufę do głowy pierwszego lepszego pracownika. Teren nie był skomplikowany, szybko znalazłem idealną pozycję. Dźwięki jakie wytwarzały te maszyny były jedynym problemem. Jednak ja, jako profesjonalista musiałem poradzić sobie nawet w takich warunkach. Cel nie wykonywał zbyt wiele ruchów. Jednak za każdym razem, gdy miałem go na muszce, coś zaczynało dzwonić mi w uszach tak donośnie, że robiło mi się szaro przed oczami. Nie przewidziałem, że zmarnuję tam aż tyle czasu, że mój cel będzie schodził ze stanowiska pracy. W końcu strzeliłem no i oczywiście trafiłem, prawie bym chybił, ale prawie robi wielką różnicę. Potrafiłem jednak zebrać w sobie wystarczająco dużo skupienia. Gdy tylko wykonałem powierzone mi zadanie dosłownie zniknąłem z miejsca wypadku.  A tak właściwie to wspiąłem się po metalowych rusztowaniach, oczywiście niesłyszalnie, potem wyskoczyłem przez okno i udałem się w stronę mojej kwatery.
Tak ciężko jest żyć ze świadomością, iż nikt nie dowie się o twoich genialnych likwidacjach. Nie to, co aktorzy oni pokażą się w jakimś filmie, dostaną jakąś świetną rolę, dobrze zagrają i wszyscy o tym wiedzą i większość chwali. Piosenkarze bardzo podobnie, wszyscy trąbią jaki to wspaniały utwór nagrali. Nikt jednak nie wie ile osób zabiłem, w jak ciężkich warunkach, nie popełniając żadnego błędu. Chociaż… myśląc o tym dłużej lepiej, że moja robota była anonimowa. Niepotrzebny tłum nie pałętał się pod nogami, miałem prowizoryczny spokój, czekając tylko na wezwanie i co najważniejsze codziennie coś się działo.
Nie każdy by jednak umiał, zabijać też trzeba potrafić. 
John Arnest

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz