czwartek, 8 sierpnia 2013

Dziennik pokładowy #1


Ludzie powtarzają, że nie ma potworów, ale one istnieją...
To nie tylko wymysł ludzkiej wyobraźni, czy bajki wymyślone żeby straszyć niegrzeczne dzieci.
Potwory żyją i żerują na naszym strachu i niepowodzeniach, skurwysyny jedne.
Od zawsze... I jakoś nie zanosi się, żeby w najbliższym czasie miało się to zmienić.
A najgorsze jest to, że każdy z nas ma w sobie coś z potwora.
Ja mam w sobie coś z potwora, Ty i kilka miliardów innych ludzi na świecie też.
To my decydujemy, kiedy ten potwór się ujawni, a to, czy uda nam się go na powrót ujarzmić zależy od naszej wiary i wtrwałości.
Cóż, tak się składa, że nigdy nie byłam szczególnie wierząca, a zapał to mam raczej słomiany.
Tyle przegrać...

Kiedy pożegnałam pana Mc'Dovera (jednego z moich obecnych wybawców, któremu zdaniem adwokata powinnam całować buty i składać pokłony - cholerne jego niedoczekanie), nie miał on zbyt wesołej miny. 
Nie wiem, może on nie preferuje żegnania się z ludźmi wiązanką wyzwisk i wymownym okazaniem środkowego palca? Nieistotne. To on mnie oszukał, obiecał mi wolność, a nie nazwałabym tak tej łajby, więc nie powinien się dziwić mojemu zachowaniu. Dziecinne? Jakoś nie jest mi wstyd. Wstydu pozbyłam się już dawno, to ważne, jeśli chce się przeżyć w niewoli (taka mała rada na przyszłość).

Przez pierwsze kilka dni na statku skupiłam się na rozpoznawaniu twarzy ze zdjęć. Odetchnęła dopiero, kiedy okazało się, że wszystkich już widziałam. Nie było to jednak zbyt pocieszające, mimo złudnego poczucia bezpieczeństwa. Doskonale przecież wiem, że zostanę tu przez jakiś czas, to wysoce prawdopodobne, nie, to nieuniknione, jak twierdzi Mc'Dover. Chcą mi pokazać gdzie moje miejsce, pieprzone dupki. (A miałam nie przeklinać...) Traktują mnie jak śmiecia, chociaż to ja i moje informacje mają pomóc im we wspinaniu się na podnium władzy, niewdzięcznicy.

No i mimo ich zapewnień, gdzieś w głębi mojego umysłu kołacze się przerażająca myśl. Kiedy udaje jej się wynurzyć z tego chaosu i dotrzeć do mojej świadomości, przechodzą mnie ciarki. Wiem za dużo, zdecydowanie za dużo, więc jestem niebezpieczna. Na moje szczęście jestem też niezwykle użyteczna w stanie żywym. 
Jednak... 
Kiedy Mc'Dover i jego wierna świta będą już na tyle wysoko, żeby poczuć się pewnie, szybko przejdę w stan zbędny, a wtedy...
A wtedy mnie zabiją.

Fale obijające się o pokład brzmią równie niepokojąco.
Prędzej sczeznę, niż tutaj utknę.
Prędzej sczeznę, niż dam im się zniszczyć.
Jednak (o, ja głupia!) sama władowałam się w te kłopoty. 
I co mam niby teraz robić?

Eh... 
Życie jest parszywe, a potem się umiera.
Filozofia z nalepki na zderzak.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz